This war is ours! – list otwarty w sprawie This War of Mine

To miała być klasyczna recenzja fenomenalnej polskiej gry “This War of Mine” 11bit studios. Jednak artykuł, który przeczytałam w najnowszym Newsweeku skłonił mnie do napisania poniższego listu otwartego do gazety. List trafił do redakcji Newsweeka. Liczę na ich odpowiedź, a wszystkich, którzy popierają stanowisko zGRAnej rodziny, zachęcam do wysyłania e-maili do Newsweek Polska (redakcja@newsweek.pl). Możecie nawet skopiować tekst poniżej.

Screen shoty artykułu, o którym piszę, znajdziecie TUTAJ.


This war is ours

List otwarty w sprawie artykułu “Jak zarobić na wojnie”

(Newsweek Polska 2014 49/14)

Pierwsza gra od czasów Wiedźmina, która okazała się światowym sukcesem i zarabia miliony. Kurs 11bit studios poszybował o 400%. Zarobili na wojnie. Czy tak można? Czy to moralne?

Taki obraz gry “This War of Mine” w najnowszym Newsweeku zaprezentował Pan Marek Rabij. Tak, nikt nie produkuje gier w celach charytatywnych, jest to biznes jak każdy inny. Jestem jednak zdziwiona jawną agresją autora w stosunku do jego rozmówców, twórców gry. Pan Rabij kreuje się na obrońcę moralności, “prowokując” populistycznymi argumentami, aby obronić swoją tezę o tym, że “This War of Mine” propaguje znieczulicę i bestialskie zachowania.

Dojrzałe media na całym świecie były w stanie zauważyć, że ze świecą szukać gry, która do tego stopnia byłaby w stanie oddać tragizm wojny ze strony prostych, pozbawionych środków do życia cywili. Oczywistym jest, że gra nie pozwoli odbiorcy w pełni poczuć się jak na wojnie. Tak, jak czytanie Hemingwaya i oglądanie “Szeregowca Ryana” nie zrobi z nas bohaterów wojennych. Dobrze jednak, że gry starają się przybliżyć ten nieznany wielu ludziom świat z niespotykaną dotąd dojrzałością.

Niestety, zamiast wesprzeć tego typu starania i zauważyć bezprecedensowy ładunek emocjonalny i potencjał do pozytywnych dyskusji nad moralnością i ludzkim życiem, Pan Marek Rabij woli wyeksponować pod publikę fakt, że w grze wojennej nie brakuje przemocy. Oczywiście, że jej nie brakuje, w ekstremalnych warunkach ciężko o ugładzony i poetycki język, o kwieciste dialogi, kryształowe postacie i zapierającą dech w piersiach grafikę.

Jednak nie tylko autor sprawia wrażenie osoby, która nie znając gry, wypowiada się na jej temat. Przykrym jest, że profesor Nęcki, którego wypowiedź cytuje autor, wypowiada się na temat gry, której najwyraźniej sam nie doświadczył. Jego tezie o “sprowadzaniu drugiego człowieka do źródła ewentualnych korzyści” przeczą dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy graczy, którzy oddawali w grze drogocenne zapasy potrzebującym, dzielili się z nimi jedzeniem, pomagali im bronić dzieci i naprawiać domy nie oczekując niczego w zamian. Graczy, którzy zamiast “pastwić się nad bezbronnym cywilem” gołymi rękoma bronili kobiet przed zakusami uzbrojonych żołnierzy. Tak, tego typu wybory w “This War of Mine” są codziennością. Czy opatrzyć niezbyt głęboką ranę koledze, z którym dzielimy schronienie, mimo że przed nami ostra zima i został nam jedynie jeden skrawek bandaża? Czy może udać się do pobliskiego szpitala i spróbować zamienić część naszych skromnych zapasów na leki?

Mimo iż systemy ratingowe na całym świecie klasyfikują “This War of Mine” jako odpowiednią dla osób dojrzałych i pełnoletnich ze względu na tematykę i treści w niej zawarte, gra może stanowić doskonałą lekcję dla osób, którym “gra wojenna” kojarzy się z bezrefleksyjnym “tagowaniem” lub zabijaniem. To druga strona medalu, która niezwykle silnie działa na wyobraźnię odbiorcy. Gra zmusza do refleksji nad wojną każdego, kto podejmie wyzwanie jej przetrwania. Bez względu na wiek, płeć, czy kolor skóry. Bo wojna może dotknąć każdego w takim samym stopniu.

Szanowny Panie Marku, szanowna Redakcjo, “This War of Mine” nie jest zwyczajną “grą o wojnie”. To nawet nie do końca strategia, chociaż jesteśmy w niej zmuszeni do przemyślanego dysponowania zasobami, tymi ludzkimi oraz materialnymi. To interaktywna opowieść o cywilach w czasie wojny i na każdego z nas będzie miała ona nieco inny wpływ, bo każdy opowie ją nieco inaczej. Nie uważam jednak, aby ktokolwiek z grających poczuł, że poradzi sobie w czasie wojny i że “teraz już wie, co oznacza wojna”, co sugeruje jeden z cytowanych przez autora rozmówców. Gra pozostaje grą. Pamiętajmy jednak, że granie nie jest synonimem bezrefleksyjnej rozrywki.

Rozumiem potrzebę nośnych tytułów i leadów w gazecie. Jakoś trzeba przykuć uwagę czytelnika, który nie zagłębi się w artykuł, o ile nie będzie on wystarczająco kontrowersyjny. Jednak dlaczego ma to się odbywać kosztem rzetelności dziennikarskiej i wprowadzania czytającego w błąd? Czy aby na pewno tak chce kojarzyć się Newsweek Polska?

Z poważaniem,

Elżbieta Rydzewska

www.zgranarodzina.edu.pl


Nie ma sensu rozpisywać się na temat This War of Mine. Recenzją gry niech będzie oficjalna zapowiedź (tak, w tle słychać “Zegarmistrza Światła”):

Oraz krążąca w sieci infografika:

ThisWarofMine_infografika

This War of Mine obecnie dostępna jest w wersji cyfrowej, np. na platformie Steam lub na GOG.com.

Od 5 grudnia będzie można nabyć grę w wersji pudełkowej w cenie 59,99 złotych.

Język gry: polski, angielski, niemiecki, rosyjski itd. Gra nie posiada ścieżki dialogowej, wszystkie dialogi, opisy postaci, świata gry przekazywane są za pomocą słowa pisanego.

Ela Żywiczyńska
Pogadajmy!

Ela Żywiczyńska

Zawodowo redaktorka, prywatnie mól książkowy i gracz. Interesuje się socjologicznymi i psychologicznymi aspektami grania.
Ela Żywiczyńska
Pogadajmy!
FacebookWykopTwitterPodziel się!

42 thoughts on “This war is ours! – list otwarty w sprawie This War of Mine

    • I w ten oto sposób nic nie wniosłeś do dyskusji. A my mamy prawo podważać jego absurdalną krytykę. Kurczę, szkoda, że są tacy ludzie. Polak Polakowi wilkiem.

      • .”Polak Polakowi wilkiem” chyba najlepiej oddaje moje odczucie takiej recenzji. Jest masa gier na rynku wypuszczana przez zagraniczne studia (od małych po gigantów), gdzie jedynym celem jest zabić i iść dalej przed siebie. Jak Polacy tworzą wreszcie coś nowego, coś co ma głębszy sens i jakiś przekaz to trzeba ich zjechać. Najsmutniejsze jest to, że robi to jeden z większych tygodników opiniotwórczych w kraju, który de facto na co dzień nie zajmuje się taką tematyką. Dzień Świra i modlitwa na balkonie w mojej głowie.

    • Prawo do krytyki i swojego zdania oczywiście ma każdy, ale pod warunkiem, że wynika z faktów. A nie sytuacji w której wypowiada się jako specjalista ktoś, kto z obiektem o którym opowiada nie miał najwyraźniej styczności. Albo zwyczajnie kłamie bądź zataja fakty.

  1. Za każdym razem, gdy oglądam ten trailer przechodzą mnie dreszcze. Genialne. A pismaki wiadomo – starają się robić z tego to co robią z każdą inną kategorią naszego życia – namieszać, zniechęcić, zasiać zamęt.

  2. Spójrzmy na to z drugiej strony – lepszej reklamy dla tej gry nie dało się zrobić. teraz wszyscy będą chcieli się przekonać, jaka ona faktycznie jest :D. sama niewiele o niej wiedziałam, a w tej chwili nie mam wątpliwości co do tego, że trzeba jej spróbować

  3. Szanowni Państwo,
    poznajmy się – to ja, autor artykułu z ostatniego “Newsweeka”, który tak Was wkurzył, że od wielu godzin ślecie mi dziesiątki maili. Serdecznie dziękuję wszystkim za poświęconą mi uwagę, za komentarze mądre, mniej mądre, a nawet za te kompletnie durne. Autorów części listów muszę też rozczarować – macie błędne informacje na temat profesji, jaką parała się moja mama 😉

    Zacznę jednak od wyjaśnienia. Znam “This War of Mine” nie tylko ze słyszenia. Spędziłem z nią dwa dni pisząc ten tekst i choć nie jestem wielbicielem gier, nawet ja w te dwa dni zauważyłem, że to coś nowego, wartościowego, wartego odnotowania. Tekst w tygodniku opinii nie jest jednak przeznaczony wyłącznie dla fanów gier. Mój artykuł nie jest więc recenzją, bo po pierwsze – nie znam się na grach, więc nie mogę i nie chcę ich oceniać. Po drugie – kto szuka recenzji, znajdzie je w licznych serwisach z recenzjami, a nie w tygodniku opinii.
    Dlaczego więc zabrałem głos w sprawie “This War of Mine”? Bo to fenomen wykraczający daleko poza Wasze gamingowe podwórko. To pierwsza polska gra, która poruszyła poważne, bolesne tematy i to w sposób, który przyciągnął uwagę nawet osób, które na co dzień nie ekscytują się graniem. A przy okazji – dlaczego mielibyśmy to zlekceważyć – wielki sukces komercyjny.

    Spędziłem sporo czasu na rozmowach z twórcami gry, którzy tłumaczyli mi po co zajęli się tak trudną tematyką i dlaczego potraktowali ją właśnie tak, a nie inaczej. Rozmawialiśmy o inspiracjach, języku, ścieżce muzycznej, nawet kresce grafiki. Tylko po to, aby zrozumieć intencje autorów, a nie po to, żeby się na nich wyżyć lub poszukać taniej sensacji, jak sugerujecie.
    Rozmawiałem z autorami gry także po publikacji i być może zaskoczę Was – nie czują się ani zaatakowani, ani obrażeni, ani nawet niezrozumiani. Wiedzą, że podjęli kontrowersyjny temat i że nie każdemu takie ujęcie może przypaść do gustu. Więcej – rozumieją, że nie każdemu może się podobać sama obecność tak bolesnej tematyki w grze komputerowej. Po prostu pięknie się różnimy. Niektóre moje pytania ich zaskoczyły, ale niektóre – jak choćby tę prowokację z Auschwitz – uznali za inspirujące. Uczciwie przyznali np., że nie mają prostego wyjaśnienia, dlaczego opowieść o ludziach skazanych na testowanie własnego człowieczeństwa w jakimś anonimowym mieście wydaje im się mieścić jeszcze w granicach dobrego smaku, ale ta sama opowieść osadzona w obozie zagłady będzie już naruszeniem tabu.

    Mój tekst jest nie o grze, lecz właśnie o kulturowym tabu, które świadomie naruszyli twórcy “This War of Mine”. Zgadzam się z nimi, gdy mówią, że jeśli wolno było o okropnościach wojny opowiadać Goyi, Remarque’owi, Borowskiemu, Capie czy wreszcie Spielbergowi, Stone’owi i Polańskiemu, to wolno również im.
    Jasne, że wolno. Ale w takim razie wolno też zapytać ich o sposób, w jaki to robią, o sens takiego zabiegu i o jego bilans. Po premierze “Szeregowca Ryana” Spielberg, wybitny w końcu reżyser, tłumaczył się jak uczniak amerykańskim weteranom z tego, jak pokazał wojnę i co chciał przez to osiągnąć – bo również naruszył tabu. Ja zapytałem o to samo ludzi, którzy zrobili doskonałą grę i dostałem interesujące odpowiedzi. Co w tym złego?

    Nie znam wojny z bliska. Wy też jej nie znacie, bo zakładam, że nie jesteście z pokolenia Kamieni na Szaniec. Spytałem więc kogoś, kto jej doświadcza teraz kilkaset kilometrów od naszej granicy. Czy uważa, że w grze da się oddać choćby w części skalę i naturę ludzkich emocji w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa – bo właśnie takie zadanie postawili sobie twórcy “This War of Mine” projektując ten wirtualny poligon to testowania człowieczeństwa? Odpowiedź znacie, o ile przeczytaliście tekst, bo mam wrażenie, że niektórzy moi krytycy ograniczyli się do przeczytania listu na tej stronie.
    Oczywiście, że w tej grze stajemy co chwila przed dylematami typu: “czy opatrzyć niezbyt głęboką ranę koledze, z którym dzielimy schronienie, mimo że przed nami ostra zima i został nam jedynie jeden skrawek bandaża?” Sęk w tym, że zgadzam się z moim ukraińskim rozmówcą. Odpowiedź na takie pytanie udzielona znad komputera, w ciepłym domu, z herbatką w zasięgu ręki, jest niczym innym jak tylko zabawą. Jeśli wierzycie, że w ten sposób dowiedzieliście się czegoś o sobie, bo “tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” to wybaczcie, ale nie mamy o czym rozmawiać.

    Wbrew temu, co pisze autorka listu otwartego, nie kreuję się na obrońcę moralności. Ani przez chwilę nie twierdzę też, że gra propaguje bestialstwo i znieczulicę – choć bez trudu w internecie można znaleźć dowody na to, że nie wszyscy gracze zrozumieli o czym naprawdę jest “This War of Mine”. Jak wiecie, zapytałem zresztą o to wprost Pawła Miechowskiego i dostałem wyważoną odpowiedź, którą zacytowałem w tekście. Całkowicie się z nim zgadzam: twórca nie odpowiada za to, w jaki sposób odbiorcy interpretują jego dzieło, to raczej sposób wykorzystania tego dzieła świadczy o odbiorcy.
    Jako ktoś, kto przed “This War of Mine” po raz ostatni grał w pierwszą część Diablo 😉 cieszę się też czytając w liście, że “granie nie jest synonimem bezrefleksyjnej rozrywki.” Grajcie w “This War of Mine”, to bez dwóch zdań świetna robota mądrych facetów, którzy wzięli się za trudny temat
    Ale nie dziwcie się, że są też na świecie ludzie, którzy zastanawiają się czy ludzkie cierpienie w ogóle nadaje się na temat rozrywki.
    Serdeczne pozdrowienia,
    Marek Rabij

    PS. Drogi Warmanie23, słowo “sprzeniewieżyć” pisze się przez to drugie “rz”, a “tródny” łatwiej napisać chyba przez “u”.
    Pozdrowienia dla wychowawczyni.

    • Rozmawiałem z autorami gry także po publikacji i być może zaskoczę Was – nie czują się ani zaatakowani, ani obrażeni, ani nawet niezrozumiani.

      A to ciekawe, bo przeglądając wczoraj facebookowe profile osób pracujących nad grą, byli oni, delikatnie mówiąc, zniesmaczeni,.

    • Panie Marku,

      dużo słów już w tej kwestii napisano, więc tym razem krótko.
      Jeśli chciał Pan napisać artykuł o tym, o czym mówi Pan w komentarzu, to… wyszedł Panu inny artykuł.
      To raz. Dwa, że chyba mylnie jednak interpretuje Pan reakcje deweloperów 11 Bita na swoje, jak Pan sam określił, “inspirujące uwagi”. Takie jak ta o Auschwitz.

      Pozdrowienia

    • Bełkot kochany panie. Przeprosić i zamknąć buzię byłoby lepiej niż się pogrążać. Jesteś pan szkodliwym podpalaczem, zresztą jak wieść niesie, nie pierwszy raz uprawiasz pan kreowanie konfliktu dla swojej wierszówki. Hańba.

    • Panie Marku, ma Pan całkiem ciekawy styl wypowiedzi, który niestety do artykułu w gazecie się nie nasączył. Jako żywo interpretacja dzieła pozostaje w rękach odbiorców, co tyczy się także artykułów prasowych.

      Chociaż w niniejszym komentarzu jest Pan miły niczym Tweety, to w artykule pierze Pan bez znieczulenia – “Zarobić na wojnie”, gracze to “klienci”, których to “chętnych do zakupu nie zabraknie”, bo w końcu to “udany model biznesowy”. Możliwe, że Pan chciał napisać inny tekst, może w szkicach i notatkach zawarły się wszystkie intencje powyższego komentarza, jednak w samym artykule tego zabrakło. I na nic tłumaczenia, że ‘to nie recenzja’ i “nie do graczy skierowane’.

      W pewnym sensie cieszy, że zadał Pan sobie trud zagrania w grę, czy jednak profesor Nęcka również swoją wypowiedź sformułował po kontakcie z omawianym “produktem”?

      Najbardziej frapujący dla mnie jest ten fragment “Odpowiedź na takie pytanie udzielona znad komputera, w ciepłym domu, z herbatką w zasięgu ręki, jest niczym innym jak tylko zabawą. Jeśli wierzycie, że w ten sposób dowiedzieliście się czegoś o sobie, bo “tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” to wybaczcie, ale nie mamy o czym rozmawiać.”

      Po jego przeczytaniu trochę mnie zakorkowało, bo cofnęliśmy się w dyskusji o kilka klas szkoły średniej. Naruszył Pan w tym momencie wartość poznawczą literatury, kinematografii, aspirujących do poruszania nieco trudniejszych problemów niż Diablo gier komputerowych ale także strzelił Pan z armaty we własne podwórko negując jego jakąkolwiek wartość poznawczą.

      Jednak ja ufam, że z prasy można się czegoś dowiedzieć. Może niekoniecznie z Pańskiego artykułu. Dziennikarstwo, literatura i kino pozwala nam na pewną refleksje nad samym sobą i aspirującym dopiero, bo przecież dużo młodszym, do tego grona medium są także gry komputerowe.

      Nie, nie będziemy wiedzieli jak jest na wojnie po przeczytaniu korespondencji z pola walki. Nie poznamy czym jest ból i cierpienie oglądając filmy wojenne. I nie poczujemy się, nawet w jednym procencie, jak na wojnie grając w grę komputerową. Ale wszystkie te środki przekazu, na swój sposób są w stanie nam te zagadnienia przybliżyć. Jeśli udało się to choćby w połowie procenta – to jest to bardzo dużo. Dlaczego usiłuje Pan to negować w swoim artykule i w swoim komentarzu?

      Napiszę na koniec – cieszy mnie Pańska odpowiedź i to, że w jakiś sposób Pan temat zgłębił. Martwi mnie, że po wyschnięciu farby drukarskiej z tej pracy niewiele zostało.

    • “Ale nie dziwcie się, że są też na świecie ludzie, którzy zastanawiają się czy ludzkie cierpienie w ogóle nadaje się na temat rozrywki.”

      Drogi Panie – w świecie zachodu szeroko pojmowana forma rozrywki przeciętnemu, dorosłemu śmiertelnikowi wciąż kojarzy się z kinem. A kino ocieka przemocą. Nie oszukujmy się – trup w wielu filmach ścielę się gęsto i nikogo to już praktycznie nie wzrusza. Przykładu nie trzeba szukać daleko. Furia – najnowszy film z Bradem Pittem obfituje w takie sceny, że mnie – ponad trzydziestoletniemu graczowi z naprawdę sporym stażem w omawianym tutaj temacie głowa, w niektórych momentach tego filmu odruchowo „leciała” w bok. A proszę mi wierzyć, grałem w niejedno.
      Z dokładnie tym samym zjawiskiem mamy do czynienia w telewizji przy okazji niezliczonej liczby seriali czy nawet informacyjnych newsów. Jesteśmy permanentnie faszerowani przemocą, do której mają też dostęp młodzi widzowie. I nie mamy na to większego wpływu.
      Znieczulica zaszła tak daleko, że krytykowanie na przykład takiego Tarantino, za to jak epatuje brutalnością w swoich produkcjach równa się z przyznaniem do braku filmowego gustu, gdyż litry czerwonej farby są znakiem rozpoznawczym tego reżysera, a sposób w jaki uśmierca on kolejne hordy statystów uchodzi w świecie filmowców niemalże za sztukę.
      Nie wspominając już o fakcie, że widza na seansie sprowadza się do roli biernego obserwatora brutalnych scen, często bezmyślnie przeżuwającego popcorn.
      W This War of Mine nie trzeba zabić absolutnie nikogo aby „przetrwać do końca”. Można – nie trzeba. Nie trzeba nawet nikogo okradać – tak też się da.
      Może właśnie dlatego każda negatywna decyzja jaką podejmują w tej produkcji gracze ma tak dużą moc i tak bardzo gra na emocjach. Bo gracz ma świadomość, że można było postąpić inaczej. Lepiej. Wie, że prawdopodobnie było inne – uczciwsze – wyjście. Tyle, że to wyjście kosztowałoby więcej wysiłku i ryzyka.
      W tym właśnie tkwi moc tej gry – odziera ludzi ze złudzeń i pokazuje im ich własne słabości i wady, których na co dzień nie mają możliwości lub nie chcą ujrzeć.
      Nie czytałem jeszcze Pańskiego artykułu, jedynie list na górze i artykuł w serwisie Polygamia, ale proszę mi wierzyć na słowo This War of Mine to mały fenomen, a być może i także rewolucja w sposobie opowiadania historii w grach.
      Pisane na szybko, więc za ewentualne błędy przepraszam.

    • Szanowny Panie Marku,

      Stwierdzam ze zdziwieniem, że Pańska odpowiedź na zarzuty dotyczące artykułu jest dużo sensowniejsza, niż sam artykuł. Szkoda, że jest Pan mądry po szkodzie, bo należy podejrzewać, że przeczyta ją nieporównanie mniej osób, niż publikację w Newsweeku. Jako człowiek pracujący słowem powinien Pan doskonale wiedzieć, że sam tytuł ,,Jak zarobić na wojnie” stawia grę pod psychologiczną kreską, bo wojna to nieszczęście, a ogólnie nie przepadamy za ludźmi zarabiającymi na nieszczęściu.

      Teza, że twórcy mieli prawo wybrać taki temat, choć w oczywisty sposób słuszna, jest zatem postawiona obłudnie, bo kłóci się z przesłaniem tytułu publikacji. Jedynym ograniczeniem dla twórcy, niezależnie od medium, powinno być wyłącznie prawo stanowione, które zakazuje produkcji i upowszechniania określonych treści. Wojna nie jest jedną z nich.

      Inne tabu istnieć nie powinny. Sprawa zasadniczą jest sposób przedstawienia tematu. Jak pokazuje praktyka, można zrobić znakomity dramat o holokauście, lub doskonałą komedię o holokauście. Z grami jest tak samo. Bardzo częstym zarzutem wobec gier jest stwierdzenie, że banalizują przemoc i ludzką śmierć. This War of Mine jest pod tym względem wyjątkiem i jest to wyjątkowość chlubna.

      Przytaczając opinię profesora Nęckiego zaprzeczył Pan tej wyjątkowości. Zawsze to świetnie mieć cytat z autorytetu w tekście, ważne jednak, żeby autorytet wiedział o czym mówi, bo jeśli nie wie, to jego zdanie jest warte dokładnie tyle, ile zdanie dowolnego człowieka, nieświadomego, o czym mówi. Drugim tanim zabiegiem jest przytoczenie zdania ukraińskiego bojca, który stwierdził, że gra nie jest tym samym, co realne doświadczenie wojenne. Cóż, nawet jeśli Pan naprawdę z nim rozmawiał i zdanie to nie jest beletrystyczną wydumką, to należy zauważyć, że nie jest to nic odkrywczego. Równie dobrze mógłby Pan zadzwonić praktycznie do kogokolwiek, kto cechuje się elementarnym zdrowym rozsądkiem.

      Jest zupełnie oczywiste, że dzieła poruszające trudne tematy jedynie zbliżają nas emocjonalnie do rzeczywistych emocji, towarzyszących prawdziwym zdarzeniom, nie oddając ich w pełni. Pan natomiast nadaje tej banalnej prawdzie pozór odkrywczości. W przeciwnym razie po każdym seansie trzeba by dezynfekować kina, a po wielu lekturach lądować na kozetce u psychiatry.

      Mam bardzo silne wrażenie, że mimo tego, że nie przypuścił Pan frontalnego ataku na tytuł, to nie przemyślał Pan dostatecznie sprawy i sprasował temat do grubości kalki maszynowej, co może urazić twórców, którzy zrobili tytuł szczególnie wartościowy. Wyszło niestety, prawdę mówiąc- marnie.

    • “Jako ktoś, kto przed “This War of Mine” po raz ostatni grał w pierwszą część Diablo 😉 ” – no i to niestety (albo stety) wiele by wyjaśniało.

      Zastanawiam się tylko po co (bo dlaczego to wiem – taki zawód…) tak bzdurny tekst pisze ktoś, kto jak sam przyznaje nie ma większego pojęcia ani o wojnie ani o tematyce gier. Typowe “nie znam się to się wypowiem” które na myśl przywodzi mi koncerty zespołu P. Darskiego i bandę protestujących oszołomów którzy na takim koncercie w życiu nie byli, ale i tak wiedzą że to obraża ich uczucia religijne. Moje uczucia religijne obraża krzyż w instytucjach państwowych i przybytkach administracji publicznej w których zdarza mi się bywać. A mimo to jestem tolerancyjny i nie protestuję, tak samo jak nie mam w zwyczaju wypowiadać się na tematy na których się nie znam.

    • Osobiście chciałem tylko wtrącić, że kiedy czytałem ten artykuł, zatytułowany “Jak zarobić na wojnie”, z dopiskiem “Gra dla (nie)wrażliwych”, i wytłuszczonym wulgarnym cytatem gracza o rozwalaniu łba , tak, żeby nie było wątpliwości, że gra jest szkodliwa, i jest tanim chwytem mającym na celu zarobienie na płytkiej rozrywce dla niewykształconych, to najbardziej mnie zirytowała jedna rzecz, którą pan zrobił.
      Zapytał się pan o robienie gry o Holokauście nie sprawdziwszy, czy nie istnieją takowe, lub czy ktoś nie próbował już takowej wydać. A próbowali – Imagination Is The Only Escape nie zaistniało właśnie przez takie artykuliki jak pański, które sprawiły, że “obrońcy moralności” zaszczuli wszystkich wydawców, którzy chcieli się podjąć produkcji tego tytułu. Zasadniczo to, że po dziś dzień grą, której najbliżej do mówienia o obozach koncentracyjnych jest Valkyria Chronicles jest cholernie smutne.

    • Czy oglądanie “Pianisty” to zabawa? Czy oglądanie “Katynia” to miła rozrywka przy telewizorze? Czy “Kanał” to dobry sposób na zabicie czasu w nudne popołudnie? Dlaczego filmom przyznajemy prawo do opowiadania o sprawach trudnych, bolesnych, okrutnych, a w przypadku dobrej gry to już kontrowersja i łamanie tabu? Nikt, kto pretenduje do miana twórcy filmu, książki czy gry nie ma zamiaru wrzucać odbiorcy w prawdziwą wojnę, bo to niemożliwe. Chcą tylko zmusić do pewnej refleksji, spojrzenia na pewne sprawy w inny sposób. Na tym polega sztuka.

      • @Phea: Przyznam, że mnie też szokuje ta linia obrony “gra komputerowa to nie prawdziwa wojna”, bo wszyscy to wiedzą (a jak nie wiedzą to niech się leczą). To jest taki sam banał (absurd?) jakby tłumaczyć, że w gazecie na stronie artykułu przy tytule “Zarobić na Wojnie” nie stoją autorzy gry tylko to jest ich zdjęcie.

        • Gry mają dodatkowo tą przewagę nad filmem lub słowem pisanym, że dają osobie uczestniczącej w opowiadanej historii autentyczną możliwość wpływania na losy bohaterów i zmianę biegu przedstawianych w grze wydarzeń. Nawet jeśli będą to decyzje pozornie symboliczne, takie jak w interaktywnym, profesjonalnie wyreżyserowanym i zdubbingowanym serialu „The walking dead” to i tak gracz ma poczucie głębszego przeżywania przygodny niż ma to miejsce w przypadku obcowania z filmem lub książką, gdzie można jedynie zamknąć oczy lub zamknąć książkę. Ładunek emocjonalny jaki niosą niektóre gry przewyższa ten w filmach, a i do rozmachu historii opowiadanych w książkach nie wiele im już brakuje.

          To co napisałem to banał – WIE TO PRZECIEŻ KAŻDY GRACZ. Ale istnieje niestety cała masa osób, które chyba nie do końca są świadome tego w co wyewoluowały gry vide wypowiedź Sapkowskiego na temat gry „Wiedźmin”.
          Amerykanie czytający wywiad z Sapkowskim nie mogli się mu nadziwić – jak gość może tak mówić o produkcie, który rozsławił na cały świat jego prozę? Ano widocznie można.

          Znam ludzi, którzy z pogardą podchodzą do tej formy rozrywki jednocześnie karmią się nieustannie tanimi serialami obyczajowymi.

          I o ile nie dziwią mnie w sumie tak bardzo krytyczne słowa odnośnie gier padająca z ust ludzi starszych lub wiekowych; tak w przypadku osób młodych świadczą one chyba jedynie o tym, że ci ludzie spędzili w jakimś bardzo hermetycznym środowisku dwie ostatnie dekady życia.

    • Panie Marku,

      Ja mam trochę inne pytanie. Skoro przyznaje Pan, że nie interesują Pana gry, nie lubi ich i się na nich nie zna to czemu w ogóle zabiera się Pan za pisanie takiego artykułu?

      Z grami jest jak ze wszystkim innym – trzeba rozumieć ich specyfikę, społeczność i przede wszystkim coś o nich wiedzieć. W innym przypadku tekst pisany jest przez przez osobą niekompetentną i również taki jest owoc jej pracy.

      Stąd, moim zdaniem, wzięły się wszystkie problemy i cała dyskusja. Redakcja powinna znaleźć kogoś innego do tego zadania. Jestem stałym czytelnikiem Newsweeka, cenię sobie to pismo, ale jako gracz zostałem zawiedziony.

    • Skoro pan uważa że ; ” Odpowiedź na takie pytanie udzielona znad komputera, w ciepłym domu, z herbatką w zasięgu ręki, jest niczym innym jak tylko zabawą.”,to czy książki dotyczące wojny , czytane w wygodnym fotelu , są tylko rozrywką ?

  4. Drogi Lolo,
    papier ogranicza. Nie da się opowiedzieć na nim wszystkiego, co chciałoby się powiedzieć, bo w pewnym momencie kończy się kartka. Dzięki merytorycznym wpisom, takim jak Twój, zrozumiałem, że pewne wątki w moim tekście powinny zostać rozwinięte i uwypuklone – żeby uniknąć mylnego wrażenia, że autor chce się pastwić na twórcach gry, albo że ma fiksację na punkcie przemocy. Jeśli tekst sprawia takie wrażenie, to moja i wyłącznie moja wina.
    “This War of Mine” to bez dyskusji dzieło wyjątkowe. Nie mnie oceniać czy wybitne, bo nie znam się na grach i nie mam skali porównawczej. Mnie zafascynowała przede wszystkim w aspekcie tabu, jakie narusza i tylko o tym piszę w tekście. O sensie istnienia i roli różnych tabu moglibyśmy rozmawiać długo i nie zgadzam się z Tobą, że w społeczeństwie i w kulturze jedynymi ograniczeniami powinny być reguły prawa. Zgadzam się jednak, że twórcy gry mogli to tabu naruszyć. Rozmawiając z nimi chciałem zrozumieć tylko dlaczego to robią, a gdy poznałem odpowiedź, przyjrzałem się jak im to poszło z realizacją ich własnych planów.
    W tym miejscu zarzucasz mi, że “przytoczenie zdania ukraińskiego bojca, który stwierdził, że gra nie jest tym samym, co realne doświadczenie wojenne” to truizm. Wybacz, ale to nie ja stworzyłem grę, którą przedstawiam odbiorcom jako narzędzie do zgłębienia niuansów ludzkiej psychiki wystawionej na ekstremalne testy (cytuję ze strony 11bitstudios: “podczas wojny nie ma dobrych i złych decyzji – jest tylko chęć przetrwania. Im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej”.
    Masz rację, że gra w wojnę nigdy nie powie Ci, jak się zachowasz na wojnie. Właśnie dlatego zgadzam się z prof. Nęckim (który nota bene prowadzi teraz przewody doktorskie dwóch ludologów i jednak co nieco o grach wie), że w tym sensie autorzy “This War of Mine” padli ofiarą własnego ambitnego zamierzenia.
    Dla pełnej uczciwości zapytałem jeszcze człowieka, który wącha teraz proch (zapewniam, że realnego, bo dotarcie do niego kosztowało mnie dwa dni poszukiwań z dużą pomocą m.in. naszego korespondenta na Ukrainie) czy choć w części (to ważne podkreślenie) współczesna gra może oddać to, co czuje człowiek walczący o przetrwanie. Odpowiedź wydała mi się warta cytatu, bo facet przytomnie zauważył, że nawet gdyby taka gra powstała, doświadczenie zdobyte w ten sposób będzie przypominać włożenie łapy do płynnej stali. Już wiesz, jak to boli, ale właśnie dlatego wolałbyś tego nie wiedzieć.
    Jeszcze raz powtórzę, bo po Waszych reakcjach czuję, że jestem to winny sympatycznym ludziom z 11bitstudios – bardzo się cieszę z ich globalnego już sukcesu. Uważam, że zrobili świetną i bardzo mądrą grę, ale nawet “This War of Mine” nie jest w stanie choćby zbliżyć się do grozy prawdziwej wojny.
    Truizm? Czytając komentarze od kolejnych oburzonych graczy utwierdzam się w przekonaniu, że jednak nie.
    PS
    Tytuł “Jak zarobić na wojnie” pochodzi od redakcji. Swojemu tekstowi nadałem tytuł “Sarajewo 2.0”.

    • Smutne trochę, że podejście, które starasz się tutaj Marku prezentować, nie znalazło odzwierciedlenia w artykule o znacznie większym zasięgu, niż Twoje przyznanie się do winy.

      Tym niemniej bardzo cieszy mnie, że w końcu zniknęła buńczuczna nuta widoczna tak w artykule jak i w pierwszej odpowiedzi. Dzięki temu dyskusja również tonem bardziej przypomina rozmowę osoby, która ostatni raz to w Diablo dwadzieścia lat temu z osobami, które dla odróżnienia mają pojęcie o temacie, na który się wypowiadają.

      Fajnie też, że pojawiło się coś na kształt cienia skruchy. Nawet, jeśli wina zrzucana jest na ograniczenia, jakie nakłada na autora papier. Zastanowiłbym się jednak… Jeśli papier to tak trudny do okiełznania materiał, może lepiej zająć się czymś prostszym. W końcu nie będzie stolarza z kogoś, komu drewno przeszkadza.

    • “PS Tytuł “Jak zarobić na wojnie” pochodzi od redakcji. Swojemu tekstowi nadałem tytuł “Sarajewo 2.0”.”

      To może warto pomyśleć nad renegocjacją warunków umowy z tygodnikiem tak, aby ostateczne zdanie w kwestii tytułu – który stanowi integralną część artykułu jako utworu – należało do autora? Chyba że już tak jest i osobiście wyraził Pan zgodę na taką zmianę tytułu. Bo jeśli tak, to Pańskie zapewnienia o dobrych intencjach okazują się w tym momencie fałszywymi frazesami.

    • Nie odniosłem wrażenia, że pastwi się Pan nad twórcami, natomiast dało się w tekście wyczuć opór wobec przedstawiania w grach trudnych tematów, poparte dość abstrakcyjnym zarzutem, że gra nie oddaje w pełni rzeczywistości wojny.

      Tak, to prawda. Nie oddaje, ale dokładnie tak samo, jak nie oddają jej film i literatura. Istotą sprawy jest poziom przybliżenia do rzeczywistości, a poziom ten jest w przypadku TWoM, śmiem twierdzić- wyższy, niż w przypadku którejkolwiek znanej mi gry.. Profesor Nęcki wybitnie nie ma racji, nazywając tytuł cyberzabawą, Tytuł nie należy do kategorii rozrywkowych. Należy do kategorii: doświadczenie. Ponownie, tak jak w przypadku filmów nie zawsze chodzimy do kina dla niezobowiązującej rozrywki, tak nie w każdą grę gramy dla relaksu i przyjemności. TWoM jest tytułem smutnym, brudnym i strasznym, traktującym temat odmiennie, niż większość gier wojennych. Jest to jedyna znana mi gra, której bohater może umrzeć, bo traci wolę życia i załamuje się, po dokonaniu czegoś strasznego. Profesor Nęcki wspominając o pastwieniu się nad cywilami i sprowadzaniu postaci z gry do źródła korzyści, po prostu i zwyczajnie diagnozuje błędnie. Raz, że gra nie umożliwia pastwienia się nad kimkolwiek, dwa, że wrażenie zadawania śmierci jest zupełnie inne niż w przypadku gier mainstreamowych, gdzie atrakcyjne jest mordowanie z wielką wprawą: ciche natychmiastowe i skuteczne. Bohaterowie TWoM zabijają po amatorsku, głośno i panicznie, jak cywile walczący o życie, nie jak operatorzy jednostek specjalnych. Nie wiem skąd się ta profesorska diagnoza wzięła, wypada więc zadać pytanie ile profesor wie o grze, że stawia.taką właśnie. Może zechce Pan odpowiedzieć?

      Co do reakcji graczy, to jest ona taka, jacy są gracze, czyli rozmaita. Z pewnością znajdą się tacy, którzy wymordują pół miasta dla rozrywki, podobnie, jak wśród odbiorców filmów znajda się tacy, którzy rechoczą podczas najbardziej tragicznych scen. To, że tacy ludzie istnieją, nie obciąża ani twórców filmów, ani gier, tylko chamów, którzy nie rozumieją przesłania, a ludzkie cierpienie budzi ich wesołość.

      Mam wrażenie, że podstawą Pańskiego rozumowania jest pierwotne założenie, że gry są tworzone wyłącznie dla rozrywki graczy, a skoro tak, to nie godzi się poruszać w nich trudnych tematów, bo każdy taki temat dysonansuje z tym założeniem. Od dawna już tak nie jest. Mimo tego, że gry komputerowe rzeczywiście powstały jako rozrywkowe głupotki (podobie jak teatr i kino!), to ich ewolucja doprowadziła nas do momentu w którym można twierdzić, że jest to medium na tyle nośne, żeby poruszać tematy rozmaite, w tej liczbie też i tragiczne.

      W podsumowaniu: wbrew powszechnej opinii nie wszystkie gry są dla dzieci, nie we wszystkich grach się zabija i nie we wszystkich grach zabija się tak samo. TWoM nie jest grą dla gówniarzerii i z pewnością nie jest zabawą w zabijanie. Nie mam się za osobę szczególnie wrażliwą, ale mogę powiedzieć śmiało, że gra mną wstrząsnęła pozytywnie, chociaż absolutnie nie mogę powiedzieć, że był to czas spędzony przyjemnie. To, ze nie bawiłem się dobrze, jest największym komplementem wobec twórców, bo wierzę, że nie o to im chodziło.

      Niestety w artykule nie zechciał Pan podkreślić tej wyjątkowości, być może nie będąc graczem w ogóle jej Pan nie dostrzegł i myślę, że to jest ścisła przyczyna kontrowersji, jaką wzbudził Pański artykuł.

    • Panie Marku

      Nie widzę sensu wdawania się w dyskusję z kimś kto o grach pojęcia nie ma, napiszę tylko tyle, to nie papier ogranicza, prędzej już praca w Newsweeku. Tam trudno nauczyć się rzetelności, w każdym razie życzę Panu udanej drogi w karierze zawodowej i tego by trafił Pan kiedyś do pracy w środowisku znającym znaczenie słowa “rzetelność”, w tej redakcji nie na to szans.

  5. Panie Marku, cieszy mnie to, że spuścił Pan z tonu (zarówno tego prezentowanego w pierwszym komentarzu jak i w odpowiedzi na mojego e-maila). Dziennikarz, który porywa się na artykuł o zjawisku czy też grze, o której nie ma zielonego pojęcia, robi rzecz kuriozalną. To wzbudziło wśród graczy największe poruszenie. Bo niestety z treści artykułu nie wynika, że zagrał Pan w “This War of Mine”. Research nie powinien polegać na wykonaniu paru telefonów i nagraniu wywiadu. Nie w przypadku gry. Podobnie pisząc o książce, filmie, sztuce teatralnej wierzę, że najpierw należy zapoznać się z treścią, przesłaniem, a dopiero potem zabierać się za resztę.
    Artykuł można pociąć na kawałki i wtedy każdy z nich ma sens, jednak jako całość nie sposób go obronić. To zlepek luźnych myśli i opinii osób oraz wyrwanych z kontekstu odpowiedzi 11 bit studios. Tu trochę o kasie, tu o twórcach, tutaj wypowiedzieć z frontu, a tu psycholog. W całym artykule nie przebijają się Pana odczucia, o których czytamy w komentarzach. To tak, jakby tekst w gazecie i Pana odpowiedzi pisały dwie różne osoby.

    P.S. Mam nadzieję, że dostatecznie szybko “uwinęłam się z zaakceptowaniem Pana odpowiedzi”. Fajnie, że ilość wpisów na zGRAnej przestała Panu przeszkadzać w ocenie bloga i mojej osoby jako “prawowitej reprezentantki społeczności graczy”. Pana retoryka drastycznie się zmienia, kiedy pisze Pan publicznie (i wszyscy widzą). 🙂
    Cieszę się również, że zgodnie z obietnicami z e-maila “litościwie Pan nie zamilknął” i sprostował swoje słowa.

  6. Droga Pani,
    niczego nie prostuję i nie wycofuję się z niczego. To Pani, nie ja, twierdziła, że nie znam gry i to Pani powinna moim zdaniem teraz się z tego wycofać, Nie wiem dlaczego uważa Pani, że nie znam się na tym, o czym piszę. Nie znam się na grach komputerowych, a mój tekst dotyczy kulturowego aspektu jednej z nich – i tylko tego. Doszedłem jednak do wniosku, że skoro nie zostałem zrozumiany przez czytelników, to moja wina i powinienem wyjaśnić co tylko się da. Na tym również polega polemika.
    Wydaje mi się, że odpowiedziałem na wszystkie merytoryczne zarzuty pod adresem mojego artykułu i wyjaśniłem co mogłem.

    • “Doszedłem jednak do wniosku, że skoro nie zostałem zrozumiany przez czytelników, to moja wina i powinienem wyjaśnić co tylko się da.”

      Godna uznania postawa, tylko że to nie graczom jest Pan coś winien i nie na blogu w Internecie powinny się znaleźć Pana wyjaśnienia. Bo gracze, jak na pewno zdążył Pan zauważyć, mają papiery na wyrobienie sobie własnego zdania i polemikę z Pańskim artykułem. Pewnie nawet 11bit studios tak naprawdę nie ucierpi (również – ach! – finansowo) od jednego źle napisanego artykułu wobec tylu dobrych na całym świecie. Największymi pokrzywdzonymi są mainstreamowi czytelnicy Newsweeka, których wprowadził Pan w błąd, a oni są bezbronni i kupią ten tekst takim, jaki został wydrukowany. To właśnie im jest Pan winien wytłumaczenie – nie w Internecie, ale w druku. Rzetelny, dobrze zriserczowany artykuł, na przykład na temat rosnącego w siłę zjawiska “Gry komputerowe jako sztuka”. Czy czytelnicy Newsweeka się go doczekają?

    • Ja akurat nie zgadzam się z wymogiem tego aby dziennikarz piszący, w tym wypadku o grze, musiał koniecznie w nią grać osobiście. Szczególnie jeśli pisze o grze jako zjawisku kulturowo-biznesowym.

      Wystarczy jeśli potrafi umiejętnie dobrać swoich rozmówców i skomponować z ich opinii spójny oraz rzetelny obraz opisywanego zjawiska. A tego w artykule “Zarobić na Wojnie” nie ma. Są wypowiedzi żołnierza (bo żołnierz zna się na wojnie), gracza (bo zna się na grach) i profesora (bo zna się psychologii). W efekcie czytamy “zarabiają na ryjącej beret grze, w której głupim graczom wydaje się, że są na wojnie”. Ja rozumiem, że czasopismo musi się sprzedać ale czy aż tak nisko należy obniżać poprzeczkę?

      Tłumaczy Pan wyżej, że to redakcja nadała tytuł artykułowi. To niczego nie zmienia, bo ten tytuł doskonale do napisanego artykułu pasuje. Rozumiała to redakcja. Rozumieją to orientujący się w temacie czytelnicy. Nie rozumie Pan autor.

      🙁

      • Jest w dziale biznes, ponieważ p. Marek Rabij specjalizuje się w tematyce ekonomicznej, gdzie raczej tworzy rzetelne artykuły, bo otrzymał w 2013 roku nagrodę Grabskiego właśnie w tej kategorii.
        Niestety, z punktu widzenia kultury artykuł jest płytki. Nie przedstawia specyfiki gier tego typu, nie mówi, czy to novum czy to już standard w rodzajach gry, nie mówi również o tym, czy gry są tylko zabawkami, czy też doświadczeniami już. Owszem – jest parcie na złe emocje, ale w stylu “gra o przemocy reklamuje przemoc”. Nic nie ma o aspekcie, o którym najlepiej w kontekście kulturowym zaprezentować: czy ta gra coś zmienia na rynku? Jak podchodzą do tego gracze? Czy to oznacza zmiany w rynku? Itd., itd. Kulturę można poruszać w różny sposób, ale z pewnością p. Rabij nie wybrał dobrego. Czyli głównie rzetelnego.

  7. Gra jest genialna i niesamowicie wyciąga emocje z człowieka, jak mój bohater został zastrzelony przez snajpera wracając z jedzeniem do domu w szóstym dni to się popłakałem. A kiedy uratowałem życie jednej kobiecie to zasypiałem z taką satysfakcją jakbym sam to zrobił. Polecam, aż ciarki przechodzą

  8. Ja bym jeszcze zjechal piekarzy , zarabiaja na ludzkim glodzie !
    I wiekszosc korporacji filmowych za zarobek na filmach wojennych :p

  9. Jestem osobą, która aktywnie gra. Gry komputerowe stanowiły dla mnie rozrywkę. W chwili obecnej od czasu ukazania się gier typu “survival” przestają. Jako osoba dorosła i dojrzała moralnie 3 dni próbowałam psychicznie dojść do siebie po grze “The Walking Dead”. Obecnie “próbuję” grać w grę “The Banner Saga”. “Próbuję”, ponieważ inaczej się tego nazwać nie da, jako że jestem jednostką normalną, a nie psychopatyczną. Te gry stawiają mnie w pozycji człowieka, który ma zadecydować o czyimś życiu lub śmierci. Zapraszają mnie do gry w “rosyjską ruletkę” z pełnym magazynkiem, gdzie stawką jest cudze życie (nawet jeżeli jest to życie pikseli). Myślę, że o to właśnie chodziło Panu Markowi. Gry typu “survival” zakładają – przetrwanie za wszelką cenę. To właśnie jest dyskusyjne moralnie z mojego punktu widzenia. Kiedy podejmę decyzję moralną, ale głupią taktycznie – gra wyświetla mi napis: “this is the end”.

    • Droga gnostyczko, niestety bardzo ciężko jest odnieść się do Twojego komentarza w konstruktywny sposób. Nie piszę tego ze złośliwości – chcę po prostu zobrazować logikę Twojego argumentu: “Nie smakowała mi cebula, więc zakładam, że jabłko smakuje tak samo. Dlatego zgadzam się z tym panem, co twierdzi, że nie wolno sypać soli do zupy, bo sól to najczęstsza przyczyna przemocy w domu”.

      Jestem pewien, że każdy z największą chęcią z Tobą porozmawia, ale ja osobiście nie podejmuję się dyskusji na temat domysłów. Zagraj proszę w tytuł, o którym próbujesz polemizować, wtedy zapraszamy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *